Tak rodzi się artysta...
"Portret artysty w wieku młodzieńczym" James'a Joyce'a to opowieść o tym, jak w młodym człowieku budzi się i dorasta artysta. W tej znakomicie napisanej i przetłumaczonej książce znajdzie coś dla siebie przede wszystkim literat, filozof i teolog. Z kolei dla dziennikarzy i pisarzy to doskonała szkoła stylistyki i bogactwa języka.
Joyce przedstawił perypetie Stephena Dedalusa od najmłodszych lat szkolnych do studiów. W tym okresie, w młodym człowieku kształtuje się wrażliwość na sztukę i literaturę. To również czas przemiany duchowej i emocjonalnej. Dedalus bowiem uczęszcza do szkół najpierw w Clongowes, a potem w Belvedere w Irlandii, które prowadzą jezuici. W szkołach panuje dyscyplina, a modlitwy i rozważania o Bogu - Jezusie Chrystusie są na porządku dziennym. Chłopcy, którzy uczęszczają na zajęcia siłą rzeczy poznają teologię katolicką, doskonalą się w wierze i zdobywają wiedzę. Jednak okres szkolny nastoletniego Dedalusa jest bardzo burzliwy. Głęboko zakorzeniona wiara chrześcijańska nie uchroni go przed grzesznym upadkiem. Jako szesnastolatek Dedalus korzysta z usług prostytutek i nie stroni od przyziemnych trosk życia. W pewnym momencie dochodzi jednak do wniosku, że nie może tak żyć i stara się naprawić swoje błędy. W tym momencie czytelnik przechodzi przez najbardziej teologiczną część książki, gdy Joyce opisuje kaźnie piekielne, męki czyśćca i nieograniczoną radość nieba. Nawiązuje przy okazji do innych, znanych pisarzy, jak choćby do Dantego.
Przemiana duchowa Dedalusa dokonuje się również na gruncie teologiczno-filozoficznych rozważań o naukach św. Augustyna, a przede wszystkim św. Tomasza z Akwinu, czyli wielkich świętych i doktorów kościoła katolickiego. Próba powstania z grzesznego upadku to nie jedyny punkt zwrotny w życiu duchowym głównego bohatera. Najbardziej dramatycznym wyborem jest moment, gdy rektor zakonu pyta go, czy czuje powołanie do bycia zakonnikiem lub księdzem. Nie chcę zdradzać, co wybrał Stephen, ale jego rozterki duchowe kończą się dość przewrotnie. Ten, którego wszyscy wokół uważają za poważnego kandydata na księdza, pod wpływem swoich grzechów, traci wiarę - czy jako ksiądz? - proponuję sprawdzić. Mimo to, nie jest już w stanie wyplątać się z intelektualnej spuścizny pisarzy i świętych katolickich.
Czytelnik jest również świadkiem przemiany wrażliwości artystycznej głównego bohatera. Połączenie elementów teologii, filozofii i literatury nadaje tej powieści dość niezwykły charakter.
Główny bohater Dedalus utożsamiany jest z samym Joyce'm. Prawdopodobnie pisarz zawarł w "Portrecie..." elementy ze swojego życia. Tym bardziej warto poznać losy autora "Ulissesa", książki zaliczanej do z kanonów literatury XX wieku.
"Portret..." nie jest jednak książką łatwą. Momentami może wydawać się nudna lub momentami przydługa. Jednak siła języka, jego bogactwo, nagromadzenie szczegółów, przyciągają do tej książki. Momentami "siłowałem" się z nią, chciałem odłożyć na półkę, jednak chęć poznania co będzie dalej, czym autor mnie jeszcze zaskoczy zwyciężała. Gdy kończyłem ją byłem przekonany o jej niezwykłej wartości i ciężko było się z nią rozstać.
"Portret artysty w wieku młodzieńczym", James Joyce, przekład Jerzy Jarniewicz, Znak, Kraków 2005 r.
|